ŻYCIE PI

W tej książce, za którą autor, Yann Martel otrzymał w 2002 r. Nagrodę Bookera, znalazły szczęśliwe połączenie nie tak łatwo dające się pożenić wartości: głęboko duchowe widzenie świata i przygodowo-sensacyjna fabuła, realistyczne, nie stroniące od naturalizmu opisy i sugestywne obrazy bujnej fantazji. Wszystko to razem koegzystuje przeplatając się, wspierając, tworząc bogatą powieściową rzeczywistość, tak jak nie wykluczają się w świecie głównego bohatera, a zgoła dowartościowują nawzajem wszystkie wyznawane przezeń religie: hinduizm, chrześcijaństwo i islam.

Intuicje Pi dotyczące boskiej natury wszechświata i równoprawności wszystkich religii, prowadzących do jednego, wspólnego Boga są najbliższe myśli neohinduistycznej, której wyznawcą był m.in. Rabindranath Tagore. Historia opowiadana przez samego jej bohatera to przede wszystkim historia jego wiary. Są też inne jej wersje, do czego przyznaje się chłopiec po swoim cudownym ocaleniu, ale wersja podstawowa – z Bogiem i tygrysem – ma być wzorcowym przykładem „historii najlepszej”, według kluczowego dla książki określenia. Siedmiomiesięczne dryfowanie szesnastoletniego rozbitka w łodzi ratunkowej przez Pacyfik w towarzystwie zgłodniałego tygrysa (Jeden chłopiec w łódce nie licząc tygrysa – parafrazując Jerome K.Jerome‘a) jest nie tylko nieustającą konfrontacją ze śmiertelnym niebezpieczeństwem, zagrożeniem życia na wiele różnych sposobów. Jego podróż nie byłaby możliwa, co podkreśla po latach dorosły już bohater, bez obecności jeszcze jednej, i dla tej historii najważniejszej. Bez obecności Siły Wyższej. Ta obecność na kruchej łódce i wokół niej jest zawsze wyczuwalna. Chłopiec nie raz wątpi i wpada w rozpacz, ale nigdy nie porzuca wiary. Nie pozwalają mu na to obserwacje natury we wszystkich jej przejawach: łagodnego spokoju, gwałtownych wyładowań, ogromu nieboskłonu, niekończącej się przestrzeni oceanu, drapieżnej gracji tygrysa, wreszcie własnej, ludzkiej słabości i zadziwiającej siły zarazem.

Mimo delikatności materii poruszanej przez książkę, tym razem świetna literatura tylko nieznacznie ucierpiała na jej filmowej adaptacji. Wyjątkowo wszechstronny Ang Lee (od „Rozważnej i romantycznej”, przez „Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka” po „Tajemnicę Brokeback Mountain”) wspierany przez doprowadzone do prawdziwego mistrzostwa efekty komputerowe postawił na piękno obrazu i nie pomylił się.

Rozmowy o Bogu w kinie brzmią deklaratywnie i nieprzekonująco, pod względem słowa literatury na ekranie nie da się przeskoczyć. W obiektywie wspaniałego operatora Claudia Mirandy świat żywiołów otaczający Pi na jego małej arce jest przeniknięty tajemniczą siłą, prześwietlony promieniami, dostającymi się na ekran jakby z jakiejś rzeczywistości zewnętrznej. Lśnienie ławic wyłaniających się z ciemnego oceanu, blask rozgwieżdżonego nieba nad głową chłopca, wszystko to zostało pokazane tak, że silenie się na słowa staje się zbędne.

W książce możemy przeczytać: „Intelektualnie trudne do pojęcia, a jednak pełne ufności poczucie obecności Boga i ostatecznego celu.”

Nina

Yann Martel, „Życie Pi”, Wydawnictwo Znak. Kraków 2003.
„Życie Pi”, reż. Ang Lee, USA 2012.