Arcydzieło Lwa Tołstoja w krótkiej, skończenie doskonałej formie mieści w sobie prawdę o życiu i śmierci człowieka, w niczym nie ustępując takim jego wielkim dziełom (niewątpliwie większym formatowo), jak „Wojna i pokój” czy „Anna Karenina”.

O śmierci Iwana Iljicza Gołowina dowiadujemy się na początku opowiadania z rozmowy jego kolegów prawników, potem widzimy jego ciało w trumnie oczami jednego z nich, spełniającego powinność złożenia kondolencji rodzinie. Nieboszczyk jest kimś innym, nie mną, tak widzą to koledzy Iwana Iljicza, tak widzi to większość z nas: umierają inni, my przecież żyjemy. I ten fakt napawa nas radością. Żyjemy, ale jak?

Takie pytanie zadaje Tołstoj i wraca do początków życia głównego bohatera, by pokazać całą drogę, prowadzącą go konsekwentnie, choć przecież przez niego niezamierzenie, do sceny z trumną.

Bo Iwan Iljicz był jednym z nich, tych kolegów, którzy z obojętnością przyjęli wiadomość o jego śmierci. Starał się z całych sił, by jego życie było przyjemne i przyzwoite. Przykładał się do nauki, potem robił wszystko, by jego kariera zawodowa toczyła się bez przeszkód, torami wytyczonymi przez ogólnie w jego środowisku przyjętymi regułami. Spotykał się z ludźmi, z którymi spotykać się należało, ożenił się z kobietą, z jaką należało się ożenić (ładna i z mająteczkiem) i miał dwójkę dzieci – też, jak należy. Przychodziły awanse, podwyżki, przeprowadzka do odpowiednio reprezentacyjnego domu. Ukochane partyjki wista z kolegami z pracy… I nagle choroba. I coraz bardziej natarczywy ból. I nic już nie jest więcej przyjemne. Dlaczego?

Zmiana dokonuje się w Iwanie Iljiczu bardzo powoli. Najpierw dostrzega, że jest w zachowaniu zajmujących się nim lekarzy niepokojące podobieństwo do tego, w jaki sposób on sam traktował swoich klientów w sądzie. Protekcjonalne zbywanie, z trudem skrywane lekceważenie. Uciekanie od prawdy. To zakłamywanie rzeczywistości przez otoczenie i zakłamanie w relacjach z najbliższymi najbardziej Iwana Iljicza boli. Jest trudniejsze do zniesienia niż ból w trzewiach. Tym bardziej, że jemu samemu tak ciężko się przebić do prawdy. Najpierw do przyznania przed sobą, że umiera. Potem – i to jest proces najtrudniejszy, wymagający wręcz heroicznego wysiłku – do pogodzenia się z myślą, że rozmienił swoje życie na drobne, że je zmarnował. Ale dopiero ten ostatni przełom w świadomości daje mu upragniony pokój i zrozumienie. „Istnieje we mnie widocznie malutka, drobna cząstka prawdy i ona właśnie jest mną, i ona właśnie teraz, przed śmiercią, dopomina się swoich praw.”

Śmierć staje się najważniejszym aktem całego życia Iwana Iljicza, aktem, który to życie usprawiedliwia, staje się jego odkupieniem.

Tołstoj dotknął tutaj mocą swojego geniuszu artystycznego sfery pozostającej dla zwykłych śmiertelników – przynajmniej do momentu śmierci – w ukryciu: odsłonił przed nami blask iluminacji, metafizycznego oświecenia.

Ostatnie słowa opowiadania są z niczym w literaturze światowej nieporównywalne. Nie będę ich tu przytaczać, powinny być poprzedzone w czytaniu zapisem całego życia Iwana Iljicza, podane w odpowiedniej kolejności. Tak jak tego chciał Lew Nikołajewicz Tołstoj.

„Śmierć Iwana Iljicza”, Lew Tołstoj, tłum. Jarosław Iwaszkiewicz, PIW, 1960.