Fragment książki „Czas przebudzeń” – Taniec dwóch energii rozmowa z Moniką Anną Popowicz

0
808

Specjalnie dla naszych czytelników, fragment książki Manany Chyb „Czas przebudzeń. 12 podróży do wolności”. Zapraszamy do jednej z nich.

Psychoonkolożka, nauczycielka jogi, coach. Droga duchowych poszukiwań Moniki Anny Popowicz prowadziła z ateistycznego domu rodzinnego, przez epizod chrześcijańskiej żarliwości, długoletnie medytacje zen, praktykę jogi kundalini, taniec i pracę z ciałem, tantrę i szamanizm. Na pewnym etapie zrozumiała, że kolejne doświadczenia samoistnie wytyczały kierunek, w jakim podążała, zbliżając się do coraz jaśniej zarysowanego celu.
W miejscu, do którego dotarła po wielu wglądach, odkryła olbrzymią potrzebę wzmacniania tłumionej przez wieki kobiecej energii. Tylko przez doprowadzenie do zrównoważenia jej z dominującym dotychczas pierwiastkiem męskim będziemy w stanie, jak przekonuje Monika, stworzyć podwaliny pod nowy, przebudzony świat. Tym bardziej, że z podobną butą jak kobiety traktowana była do tej pory Ziemia, którą Monika nazywa „naszą matką i żywicielką”. Jej apel, by zaprzestać nadużywania kobiecej części w nas i dewastacji tego, co zostało nam dane do wieczystego użytkowania, przenika wiara w działanie uzdrawiającej siły, w widoczne oznaki nadchodzących przemian.
Rozmawiamy w siedzibie Pani fundacji Ogród Nadziei, która udziela psychoonkologicznej pomocy chorym na raka. Ale nie jest to jedyne Pani zajęcie.
Na co dzień zajmuję się psychoonkologią: prowadzę założoną przez siebie fundację, tutaj też pracuję terapeutycznie z chorymi i dzielę się z nimi wiedzą podczas warsztatów. Współpracuję z Instytutem Psychoimmunologii i prowadzę prywatną praktykę jako coach. Oprócz tego jestem nauczycielką jogi kundalini i medytacji. Wkroczyłam też nieco samozwańczo w obszar mindfulness ze względu na długą praktykę zen.

W przypadku wielu osób uważność staje się konsekwencją wieloletniej praktyki medytacyjnej, czy to zen, czy vipassany (buddyjskiej metody medytacyjnej). Sam propagator uważności, Jon Kabat-Zinn należał przez lata do wspólnoty zen.
Kiedy Kabat-Zinn był tutaj w Polsce, usłyszałam od niego coś, co bardzo mnie rozbawiło i dodało lekkości moim „mindfulnessowym poczynaniom”. Powiedział, że kiedy był młody, miał mnóstwo znajomych, którzy nie bardzo wiedzieli, co ze sobą zrobić. Chcieli tylko siedzieć i medytować. Otworzył więc klinikę łagodzenia stresu, żeby mogli tam dalej siedzieć, medytować i przy okazji pełnić pożyteczną rolę dzielenia się z innymi swoimi cennymi doświadczeniami. Chętnie wcielam ten model w życie. Poza tym zajmuję się life coachingiem, a najbardziej chciałabym pomagać ludziom jako spiritual coach, czyli trener duchowości.

W Polsce jeszcze takich trenerów nie ma?
Jeszcze nie i uważam, że bardzo ich brakuje. Można znaleźć wielu nauczycieli różnych tradycji, spróbować różnych ścieżek duchowych, ale nierzadko trudno wybrać dla siebie najwłaściwszą. Od dawna, jeśli nie od zawsze, miałam przekonanie, że nie ma jednej drogi dla wszystkich. Są różne drogi, które mogą prowadzić w to samo miejsce. Bardzo chciałabym pracować z ludźmi stojącymi przed wyborem swojej ścieżki, pomagać im w odnalezieniu w sobie nauczyciela. Takie podejście do poznawania propaguje joga kundalini, w której stawia się na odnajdywanie w sobie wewnętrznego nauczyciela. Jest mi to bliskie, nie lubię postawy ex catedra: „ja jestem ten, który wie, i będę oto sprowadzać na innych mądrość i światło”.

Od czego zaczęły się takie poszukiwania w Pani przypadku?
Był to bardzo szczególny okres mojego życia. Miałam wtedy 26 lat. Mama zachorowała na raka, a diagnoza jej choroby zbiegła się z narodzinami mojego drugiego synka. Było to równoczesne dotknięcie życia i śmierci, po raz pierwszy w tak spektakularnej postaci. Byłam jedynym dzieckiem, dość hołubionym i chronionym, życie nie konfrontowało mnie wcześniej ze sprawami ostatecznymi. Wielka radość wywołana pojawieniem się na świecie nowego istnienia zderzyła się ze strachem o życie innej, bardzo ważnej dla mnie osoby, z którą od zawsze byłam silnie związana. Zaczęły wpadać mi w ręce różnego rodzaju książki psychologiczne, rozwojowe, duchowe. Towarzyszył mi Ken Wilber i jego Śmiertelni nieśmiertelni, Tao Kubusia Puchatka, Przebudzenie Anthony’ego De Mello. Zaczęły się dziać rzeczy, których do końca nie rozumiałam, natomiast bardzo mocno je poczułam.

Jakie na przykład?
Miałam wtedy sen. Nigdy go nie zapomnę, bo doświadczyłam w nim niedualnej rzeczywistości i boskości. Poczułam, że jestem częścią wielkiej kuli światła. Niesamowite doznanie jedności, zespolenia i odrębności zarazem. Dodam, że byłam dzieckiem wychowanym w ateistycznej rodzinie, gdzie kwestii duchowych nigdy się nie roztrząsało. Rodzina ze strony taty była wierząca i zostałam jakoś chyłkiem ochrzczona, ale my do wspólnoty katolickiej nie należeliśmy. W moim życiu postać Jezusa pojawiła się za pośrednictwem bohatera literackiego, Jeszui Ha-Nocri. Kiedy w wieku kilkunastu lat przeczytałam Mistrza i Małgorzatę Bułhakowa, uświadomiłam sobie istnienie jakiejś innej warstwy rzeczywistości. A z religią katolicką zetknęłam się wtedy, gdy zostałam matką i postanowiliśmy ochrzcić dziecko. Chcieliśmy, aby należało do społeczności, która jako większość identyfikuje się z katolicyzmem i aby miało możliwość wyboru, kiedy dorośnie, bo łatwiej zrezygnować z czegoś, co było wcześniej dane, niż przyswoić sobie coś obcego i nieznanego.
Niedługo potem, kiedy urodził się młodszy syn i zachorowała moja mama, pojawiła się we mnie potrzeba rozmowy o Bogu, bycia częścią wspólnoty religijnej. Podjęłam decyzję o przystąpieniu do pierwszej komunii. Szczęśliwie trafiłam na starszego księdza, który dał mi modlitwy do nauczenia, kazał chodzić na msze i przekazał tylko jedną radę, żebym w kościele patrzyła, co robią inni i robiła to samo. Nie zostałam zindoktrynowana żadnymi religijnymi pseudoprawdami, dzięki czemu mój stosunek do Kościoła był nieskażony. W momencie dużego życiowego kryzysu pęka jakaś zasłona, coś się otwiera. Tak było ze mną. Zaczęłam mieć różne mistyczne doświadczenia, na przykład uwielbiałam śpiewać w kościele, bo przenosiło mnie to w inny wymiar. Uruchamiał się nieznany mi dotąd przepływ energii. Dzieci szarpały mnie za rękaw: „Mamo, mamo, nie śpiewaj tak głośno, wszyscy słyszą!”. Dopiero teraz, po latach praktykowania jogi wiem, na czym polegały te doznania. Przekazy z ambony odbierałam w sposób wybiórczy: jak czułam, że pojawia się jakieś ściemnianie, próba manipulacji, puszczałam to mimo uszu. Była we mnie czystość i niewinność – nazywam to neofickim okresem chrześcijańskim w moim życiu. Ogromną radością napawało mnie stanie ze wszystkimi podczas mszy, bardzo głębokich przeżyć dostarczała mi komunia. Na początku spotykałam księży o głębokiej życiowej mądrości. Dzięki nim czułam się przez długi czas rozumiana. Spowiedź dla kogoś takiego jak ja, osoby mającej skłonność do poczucia winy, była niezwykle uwalniająca.

Działał terapeutyczny wymiar spowiedzi.
Absolutnie. Miałam doświadczenie tego, co w Kościele nazywa się łaską uświęcającą. To uczucie utrzymywało się przez kilka dni, jakiś tydzień od momentu spowiedzi – czułam, że pozostaję w czystości ducha. Nazywałam to na własny użytek prysznicem dla mojej duszy. Msza z komunią i spowiedzią obmywała moją duszę, tak jak prysznic obmywa ciało. Niosła ze sobą doświadczenie ogromnego, wewnętrznego spokoju, wyciszenia, które wyciągały mnie ze świata codziennych irytacji. To był pierwszy etap rozpuszczania mojego ego. Dzięki doświadczeniom nazywanym stanem łaski uświęcającej coraz łatwiej przychodziło mi opanowywanie własnej niecierpliwości i złości.
Mój młodszy syn był niezwykle wrażliwym dzieckiem, nie mogłam przy nim podnieść głosu, okazać najmniejszego rozdrażnienia, bo natychmiast reagował płaczem, a chwilę później chorobą. Z każdym z moich dzieci byłam w domu przez pierwsze trzy lata, ale zwłaszcza drugiemu mogłam poświęcić się z pełną uważnością. Byłam już nieco starsza, dojrzalsza, bardziej gotowa i otwarta. W jodze to się nazywa bhakti, oddanie. Przestałam traktować różne rzeczy tak osobiście. Zaczęłam zauważać przestrzeń tworzącą się pomiędzy emocjami i potrzebą reagowania jak z automatu.

Zmniejsza się reaktywność, kiedy zaczynamy odpuszczać swoje „ja”.
I ten mały chłopczyk z wielkimi, błękitnymi oczami był ważnym dla mnie nauczycielem w tym procesie. W pewnym momencie mój kolega, wieloletni buddysta tybetański polecił mi książkę Willigisa Jägera Fala jest morzem: „Jesteś chrześcijanką, mam książkę, którą przetłumaczył mój znajomy, może cię zaciekawi”. I rzeczywiście zafascynowała mnie, pokazała głębię duchowych doświadczeń. Przeczuwałam, że jest coś większego, do czego można dotrzeć nie przez przyjęcie tego na wiarę, ale przez doświadczenie. Tęsknota za tym, czego doświadczyłam we śnie odezwała się ponownie. Wstukałam w wyszukiwarkę nazwisko Jägera, żeby dowiedzieć się o nim jak najwięcej i trafiłam na informację o tym, że będzie prowadzić w Polsce, w Karkonoszach odosobnienie medytacyjne, tak zwane sesshin.

Nigdy wcześniej Pani nie medytowała?
Po raz pierwszy zetknęłam się z medytacją, kiedy uczyłam się psychoterapii w Laboratorium Psychoedukacji – były to krótkie 10–15 minutowe medytacje na sesjach wyjazdowych szkolenia „Kontakt w sytuacji pomagania”, czy grup otwarcia. Wcześniej, kiedy mama była chora, a mały miał już iść do przedszkola, zastanawiałam się, co mam ze sobą zrobić. Na pytania mojego ówczesnego męża, czym chciałabym się zająć, niezmiennie odpowiadałam: „Nie wiem, chcę pomagać ludziom”. To pragnienie pojawiło się na linii zetknięcia dwóch okoliczności, w których się znalazłam – wspierania chorej mamy i opieki nad małym dzieckiem. Niestety nie mogłam oddać się bez reszty jednemu i drugiemu. Niemożność towarzyszenia mamie w ciężkich chwilach była momentami bardzo trudna. Na którejś z mszy ksiądz poprosił o modlitwę za powołania. Nie wiedziałam wtedy, że chodzi o powołania kapłańskie. Poprosiłam więc o objawienie mi mojego powołania. Zaraz potem z jakiejś książki psychologicznej dowiedziałam się, że Laboratorium Psychoedukacji prowadzi szkolenia dla psychoterapeutów. Potraktowałam to jako odpowiedź na moją modlitwę. I tak trafiłam na szkolenie do Laboratorium.
W czasie medytacji na łonie przyrody, wśród śpiewających ptaków, zaznałam wielkiej bliskości z naturą, z całym otoczeniem. W trakcie szkolenia pojawił się Wojtek Eichelberger ze swoją antystresową metodą „8 x O”. Praca z oddechem, ćwiczenie obecności przypominały mi trochę śpiewanie w kościele, wejście w stan łaski. Zaczynałam rozumieć, że różne doświadczenia i praktyki mogą prowadzić do tego samego stanu, o którym mówi filozofia wieczysta współcześnie rozwijana przez Kena Wilbera. Przeczuwałam, że najgłębszym jego wymiarem jest to, czego doświadczyłam wtedy we śnie: miłość i światło w jednym, absolutna akceptacja i bezpieczeństwo.

Więc była Pani już trochę przygotowana do sesshin z Willigisem Jägerem?
Wiedziałam tylko mniej więcej, czym jest medytacja. W czasie sesshin rzucono mnie na głęboką wodę: siedem dni medytacji z regułą milczenia, wielogodzinne siedzenie przodem do ściany. To był listopad, przebywaliśmy na peryferiach Jeleniej Góry, w bardzo ciekawej scenerii Domu Hauptmana. Pamiętam szczególną energetykę tego miejsca. Sesshin odbywał się pod hasłem pojednania polsko-niemieckiego. Dużo się tam wydarzyło, uczestnikom „pootwierały się” głęboko pochowane rodzinno-narodowe historie. Wysoki, postawny Niemiec, asystent Jägera, zgodnie z tradycją zen pilnował medytujących z kijem kyosaku w ręku, co w Polakach budziło jednoznaczne skojarzenia i uruchomiło dużo emocji. Willigis poprowadził rytuał ognia, żeby oczyścić wielopokoleniowe zaszłości po obu stronach.
Ale były też momenty rozświetlające te intensywne, jak na moje pierwsze podejście do zen, przeżycia. Kiedy przyszłam na prywatne spotkanie z nauczycielem (dokusan), Willigisowi towarzyszył drugi nauczyciel, którego od razu poczułam w sercu, pokochałam od pierwszego wejrzenia, holenderski trapista Jef Boeckmans. Jeszcze wtedy nie był mistrzem, tylko zaawansowanym nauczycielem zen. Byłam gotowa złożyć swoją duszę u jego stóp. Poprosiłam go bardzo, aby został moim nauczycielem. Przyjeżdżał dwa razy w roku do Polski, a ja jeździłam regularnie na prowadzone przez niego odosobnienia. Mówiłam o nim, że jest wcieleniem św. Mikołaja, tyle w nim było miłości, akceptacji, dobroci. Z perspektywy czasu widzę, że chciałam się uczyć od mężczyzn, którzy mieli w sobie zintegrowaną kobiecość. Jef był tego najlepszym przykładem.

Pracowała Pani z nim nad koanami?
Nie pracowaliśmy przy użyciu koanów. Dzieliłam się z nim wglądami i otrzymywałam od niego odpowiedzi, wskazówki. Wielokrotnie zdarzało się, że po medytacjach miałam do niego pytania. Często odpowiadał nawet na te, których nie zadałam podczas teisho – wykładu i spotkania z uczniami. Mogłam powiedzieć absolutnie wszystko, miałam pełną akceptację, bez cienia oceniania.
Kiedyś podczas sesshin, gdzie panował nakaz milczenia, odebrałam w pokoju telefon, bo miałam przecież dwójkę małych dzieci. Moja współlokatorka, Niemka wściekła się, że łamię zakaz. Powstrzymałam swoją pierwszą gniewną reakcję, bo zrozumiałam, że przecież mogłam jej przeszkadzać, zaburzać ciszę. Przeprosiłam, ale ponieważ próbowała mnie dalej pouczać, rozjątrzyło to moją złość. W trakcie medytacji poszłam więc do Jefa, żeby mi poradził, co mam zrobić, bo czułam, że zaraz mnie rozsadzi. Jego rada była krótka: „Nic. Siedź z tą złością”. Jeszcze bardziej się rozzłościłam, ale za duże miałam do niego zaufanie, żeby moje ego mogło postawić na swoim. Podczas medytacji powolutku zaczęłam akceptować to, co się ze mną działo, jakby mi się udzieliła akceptacja nauczyciela. Otwierałam się na to, co czułam. Aż zauważyłam, że robi się coraz więcej przestrzeni wokół tej złości, uwalnia się we mnie jakaś energia. Stopniowo emocja, z którą nie mogłam sobie przed chwilą poradzić, przestała mieć jakiekolwiek znaczenie, zaczęła się rozpuszczać.
Uzmysłowiłam sobie wtedy, że wszystko jedno, czy będzie to złość, radość, czy nienawiść, bo wszystko to może przeze mnie przepłynąć i tyle. Oddzielenie się od emocji doprowadziło mnie do zaznania niedualnej świadomości. Zobaczyłam, że jest tylko to, co ma być. W szerszej perspektywie odbywa się pewien proces, w którym każdy odgrywa swoją rolę. Nierzadko są to role niewdzięczne. Dobro i zło to tylko nasze rozgraniczenia. Wszystko jest częścią większego planu. Nawet jeśli tego nie rozumiemy, jest tylko energia, która się pojawia i znika, fala, która przypływa i odpływa, nie ma żadnych katów i ofiar…

W hinduistycznej trójcy Trimurti równorzędną pozycję zajmuje niszczycielski aspekt Boga występujący pod postacią Śiwy.
Tak, w jodze kundalini również występuje pojęcie Boga-niszczyciela. Kilka razy miałam tego rodzaju wgląd, który najlepiej obrazują słowa biblijne: „Jam jest, który jest”. Nic więcej nie da się powiedzieć. Z tego miejsca widać, że wszystkie znaczenia, do których jesteśmy przywiązani, nadajemy my sami. Z punktu widzenia świata dualnego może się to wydawać przerażające. Jak to nic nie ma znaczenia? Pomagamy, czynimy dobro, jesteśmy „pracownikami światła”. Ja doświadczyłam tego wtedy całą sobą: i w ciele, i na poziomie umysłu. Złość stała się bramą poznania. Nie ma nic innego, wszystko jest miłością, wszystko jest Bogiem, jakkolwiek to się manifestuje. Pełna akceptacja.<br>
Miałam ochotę wyściskać i wycałować moją współlokatorkę. Słowa: „Kochaj swoich nieprzyjaciół” nie były już tylko jednym z przykazań, ale płynęły z samego jądra duszy. Można zatem dotrzeć w sobie do tego pod warunkiem, że ego puści, rozpryśnie się. Wtedy pojawia się wgląd w naturę wszechświata. Wszystko jest Bogiem i miłością. Ogarnia cię śmiech na myśl o wszystkich problemach, które ludzie sami wytwarzają.<br>
Nieco wcześniej podobne zrozumienie tego, że to my nadajemy znaczenia, przyszło do mnie na poziomie intelektualnym. To, co tutaj widzi Pani na tablicy, to jest pięć zasad racjonalnego, zdrowego myślenia. Tego narzędzia, które pochodzi z Racjonalnej Terapii Zachowania (RTZ), będącej częścią Terapii Simontonowskiej, używamy w naszej fundacji do pracy z chorymi. Kiedy na moim pierwszym szkoleniu simontonowskim poznałam te pięć zasad, i zaczęłam pracować nad swoimi przekonaniami, nagle coś do mnie dotarło: skoro mogę zmienić swoje przekonania, dowolnie, na jakie chcę, to jakie one w gruncie rzeczy mają znaczenie? Owszem, mają dla mnie znaczenie funkcjonalne, bo zmieniając je, mogę się poczuć lepiej albo gorzej. Mogę kształtować to, jak widzę rzeczywistość i wychodzić poza mentalne ograniczenia wdrukowane w podświadomość przez wychowanie, wzorce rodzinne, proces socjalizacji, kulturowe przekazy. Zrozumiałam, że nie jestem moimi przekonaniami, że to nie jest moja prawdziwa tożsamość. Skoro nie jestem moimi emocjami, nie jestem moimi przekonaniami – to kim jestem? To był wgląd intelektualny, dotknęłam tego, co jest poza ego. To doświadczenie i praca z chorymi w oparciu o ten model wyprowadziła mnie poza klasyczną psychoterapię na poziomie ego, bo Simonton mówi o aspekcie duchowym, o znaczeniu choroby, o tym, co ona wnosi do naszego życia, czego możemy się dzięki niej nauczyć.

Jak trafiła Pani na metodę Simontona?
Pojechałam na jego szkolenie, ponieważ moja mama pracowała tą metodą przed śmiercią. Przeczytałam wtedy jego książkę i chciałam sama doświadczyć, sprawdzić, jak to działa. Miałam różne intuicje, wątpliwości, na które klasyczna psychoterapia nie dawała odpowiedzi. Mama była jednym z moich przewodników prowadzących mnie tak, żebym mogła służyć innym. Ale zanim mogło się to urzeczywistnić, musiałam się jeszcze wiele nauczyć.

Czy od razu po szkoleniu simontonowskim podjęła Pani decyzję, że zajmie się Pani psychoonkologią?
Już na pierwszym szkoleniu zrobiła na mnie wrażenie wielka przemiana zachodząca w ludziach chorych. Przyjeżdżali wyzbyci nadziei, przygarbieni, ze zwieszonymi głowami i wygasłymi oczami. Po sześciu dniach warsztatów byli to już zupełnie inni ludzie. Wydawało się wręcz nieprawdopodobne, że można wyzwolić w ludziach takie możliwości, w tak krótkim czasie. I już po drugim szkoleniu zorganizowałyśmy wraz z koleżanką – jeszcze pod szyldem prowadzonej przez moich rodziców Fundacji Rodzinnej Gest – pierwszy simontonowski warsztat. Wiedziałam już, że chcę się tym zająć i tak powstała obecna fundacja. Pracujemy w sposób bardzo holistyczny, zintegrowany, ze wszystkimi elementami pracy z ciałem (dieta, joga, praca z umysłem, racjonalna terapia zachowania), pracy z emocjami (terapia tańcem i ruchem, Gestalt), pracy z relacjami (warsztaty komunikacji, asertywności). Dodawałam do metody Simontona różne praktyki, które przetestowałam na sobie samej, takie jak taniec i joga. Wprowadziłam też mindfulness.

Czy ta metoda upowszechnia się, czy ciągle napotyka na opór?
Dla wielu terapeutów i lekarzy Terapia Simontonowska jest nadal kontrowersyjna. Według mnie stoi za tym ignorancja. Jeśli spojrzymy na osiągnięcia psychoneuroimmunologii, czy ostatnio epigenetyki, to nikt nie powinien mieć wątpliwości, że to umysł kształtuje emocje, a emocje wpływają na to, co się dzieje w ciele. Metoda Simontona stymuluje układ odpornościowy do produkcji limfocytów i komórek NK (Natural Killers), które niszczą komórki nowotworowe i nie dopuszczają, aby te mnożyły się w niekontrolowany sposób.
Niektórzy psychoonkolodzy uważają, że takie podejście wywołuje u pacjentów poczucie winy, jeśli nie zdrowieją. Moim zdaniem trzeba tak nad tym pracować z chorymi, żeby mogli zamienić poczucie winy na poczucie odpowiedzialności i nauczyć się odpuszczać sobie to, na co nie mają wpływu. Umiejętność wybaczania sobie jest kluczowa dla osób zmagających się z rakiem. Badania przeprowadzone wśród pacjentów przez Carla Simontona w 71. roku, a później, choćby u nas, przez polskich psychoonkologów w latach 2007–2008 wykazują wzrost jakości życia, poprawę obrazu siebie, większe poczucie akceptacji swojego ciała (u pacjentek po mastektomii) oraz zmniejszenie objawów ubocznych towarzyszących chorobie i leczeniu.

Wróćmy do przerwanego wątku praktyki zen. Czy chodziła Pani wtedy jeszcze do kościoła?
Przez jakiś czas chrześcijaństwo nie kolidowało u mnie z zen. W kościele stałam w pozycji pozwalającej na medytację, nie widziałam w tym sprzeczności, bo linia Jägera harmonijnie łączy elementy chrześcijaństwa kontemplacyjnego z zen. Na sesshin kilkakrotnie brałam udział w celebrowanej przez Jefa pięknej, bardzo nietypowej mszy, w której wszyscy staliśmy w kręgu. Kobiety służyły do mszy, krążył między nami kielich z winem, dzieliliśmy się chlebem. Jako ołtarz służył stoliczek Jefa. W pewnym momencie wszyscy razem, Polacy i Niemcy zaintonowaliśmy „Szalom”. Głęboko poruszające przeżycie…
Przez kilka lat te dwie drogi przeplatały się u mnie, aż do momentu, kiedy w bardzo trudnym okresie natknęłam się na księdza, który nie ofiarował mi zrozumienia. Miałam silne objawy depresyjne, nie mogłam sobie poradzić z codziennym życiem, nie miałam siły i energii. A podczas spowiedzi usłyszałam, że grzeszę, że powinnam walczyć ze swoim lenistwem. Wtedy poczułam, że to już koniec, dosyć. Stanęłam przed murem. Oczywiście wiedziałam, że to jest kwestia konkretnego księdza, ale nazbierało mi się już sporo innych, podobnego rodzaju doświadczeń kościelnych. Poza tym coraz silniej czułam, że w kościele nie ma Ducha. Jeśli potrzebuję przewodników, to takich, którzy są dalej na drodze rozwoju duchowego niż ja. A duchowny, nie wykazujący się współczuciem dla człowieka potrzebującego, to pomyłka. Coraz mniej podobał mi się też Chrystus na krzyżu. W nowo wybudowanym kościele nieopodal mojego domu wisi ogromne malowidło przedstawiające Chrystusa Zmartwychwstałego. Ten wizerunek o wiele bardziej do mnie przemawia, bo jest w nim siła duchowego przekraczania. To jest istota przesłania chrześcijaństwa.
Wśród przewodników duchowych Jezus do tej pory odgrywa dla mnie bardzo ważną rolę. Jest niezastąpionym nauczycielem bezwarunkowej miłości. Potem zdarzało mi się jeszcze chodzić do kościoła, żeby pośpiewać – to dla mnie zawsze niezawodny sposób, by poczuć Ducha w sobie. W czasie, kiedy rozluźniały się moje więzy z kościołem, zaczęłam tańczyć medytacyjnie i dzięki temu otworzył się przede mną jeszcze jeden obszar duchowych możliwości.

Co to za taniec?
Wpadły mi w ręce ulotki o warsztatach tańca „5 rytmów”. Coś mi w duszy zagrało, ale termin warsztatów nakładał się akurat na odosobnienie. Pojechałam jak zwykle na sesshin, gdzie odbyłam bardzo znamienną rozmowę z Jefem. Znając mnie z wielu wcześniejszych spotkań, powiedział, że mogę robić wiele innych rzeczy, nie muszę wyłącznie siedzieć, bo jestem typem szamanki. „Słucham?” – trochę mnie zaskoczył tymi słowami. „To co mam robić?”. Odpowiedział, że mogę tańczyć, słuchać bębnów. Kiedy się dowiedział o moim zamiarze pójścia na warsztaty tańca, zachęcił mnie: „Świetnie, idź tańczyć”.
Przy pierwszej kolejnej okazji poszłam na pięciodniowy, intensywny warsztat pod nazwą „ujeżdżanie dzikiego ognia”. Spotkałam tam mojego kolejnego, wspaniałego nauczyciela, Adama Barleya. Proponowana przez niego praca z emocjami poprzez ciało miała także wymiar duchowy. W tych tańcach nie ma żadnej choreografii, pięć muzycznych rytmów oddaje pięć różnych rodzajów energii, połączonych z emocjami – przepływ, staccato, chaos, liryczny, wyciszenie. Tańczący przechodzą przez cykle zwane falą, gdzie w określonej kolejności pojawiają się poszczególne energie, reprezentujące różne żywioły. Nauczyciel tylko pokazuje pewien rodzaj ruchu odpowiadający danemu rytmowi, uczestnicy szukają własnej ekspresji.
Podczas jednego z kolejnych warsztatów zadział się we mnie bardzo intensywny proces – sponiewierałam się na tym parkiecie fizycznie, spłakałam. Miało to miejsce w okolicach Wielkanocy, pamiętam, że zachodziłam wtedy jeszcze do kościoła. W trakcie warsztatu doświadczyłam jednocześnie śmierci i zmartwychwstania. Coś we mnie umarło, a później nastąpiło przejście do miłości i światła, do pełnego poczucia, że jestem częścią Tego, a To jest częścią mnie, że jestem we wszystkim wokół, jestem w naturze, a natura jest we mnie. Czułam to w każdej komórce swojego ciała.
Zaczęłam regularnie praktykować. To było tak, jakbym odnalazła miejsce, które czekało na mnie od wieków. Ten rodzaj tańca ma za sobą szamańską tradycję, uprawialiśmy go w tak zwanych społecznościach pierwotnych od zawsze. W kulturze współczesnej jego symbolem stała się bardzo mi bliska postać – Grek Zorba. Życie to piękna katastrofa, tańczmy ze wszystkim, co jest!
Znacznie później zrozumiałam, że siedzenie w zazen jest szkoleniem świadomości na ścieżce męskiej, a taniec to droga kobiet. To bycie w przepływie, w wirowaniu życia, płynięcie z nurtem tego, co przychodzi, cokolwiek to jest. Nie tylko bycie świadkiem, ale poddawanie się przepływowi. Kobiety bardziej podlegają zmienności nastrojów, cykliczności życia, które jest nieustającą zmianą. To wszystko zawiera w sobie praktyka „5 rytmów” czy Movement Medicine. Można zatańczyć swój lęk, złość, smutek, radość, otwierając się na nie i poddając tym uczuciom swoje ciało, pozwalając, żeby przez nas przepłynęły, ażeby w końcu poczuć, że one nie są takie ważne, że jest coś więcej, czym jesteśmy. Nasza prawdziwa istota jest duchowa, nieskończona.

Czy to znaczy, że przestała Pani medytować, czy taniec stał się uzupełnieniem medytacji?
Przez jakiś czas obie praktyki biegły równolegle. Na odosobnienia przestałam jeździć, kiedy odkryłam dla siebie jogę. Przyszedł kolejny etap, ale z tańca nie zrezygnowałam. Cały czas jest obecny w moim życiu. Ten rodzaj tańca to jest medytacja, tyle że w ruchu. Prędzej czy później docieramy dzięki niej do takiego miejsca w sobie, które jest ciszą, spokojem, miłością będącą w stanie objąć wszystko. Możemy doświadczyć tego, czym jesteśmy w swojej istocie.
Teraz już wiem, że pierwsze doświadczenia tantryczne pojawiały się u mnie właśnie w tańcu jako połączenie energii męskiej i żeńskiej w ciele, uruchamiające przepływ kundalini. Wówczas nie wiedziałam, co się dzieje, nie potrafiłam tego nazwać, ale czułam wyraźnie energetyczną ekstazę.

Skąd się wzięła joga w Pani życiu?
Koleżanka, nauczycielka jogi kundalini namówiła mnie na wyjazd do Sztokholmu na Białą Tantrę, czyli grupową praktykę medytacyjną w jodze kundalini, gdzie bardzo intensywnie pracuje się z energią. Przed wyjazdem poszłam na prowadzone przez nią zajęcia, żeby doświadczyć, czym jest ta praktyka. Okazało się, że na tych zajęciach mam wszystko w jednym: pracę z ciałem, śpiewanie jak w kościele, pracę z oddechem, relaks, medytację. Po co chodzić w różne miejsca i każdą z tych rzeczy uprawiać osobno? Byłam zachwycona integralnością tej praktyki. Dochodził do tego jeszcze jeden ważny element – zawierzenie wewnętrznemu nauczycielowi. Ponieważ jogin na pewnym etapie praktyki zaczyna odczuwać budzące się w nim moce, to żeby ustrzec się przed rozrostem ego, powinien mieć przed czym pochylić głowę. Powinien czuć pokorę wobec sił od siebie wyższych.
Można wyznawać jakąś religię, a można po prostu pochylić głowę przed Źródłem. Mantra ong namo guru dev namo (język gurmukhi) odwołuje się do odwiecznej, niewidzialnej mądrości, dostraja nas do częstotliwości wyższego „ja”, łącząc nas z wewnętrznym nauczycielem, poprzez którego ta mądrość się przejawia.
Dostawałam tutaj wiedzę, która pomagała mi uporządkować wcześniejsze doświadczenia z energią. W trudnym okresie, po rozstaniu z mężem i zaabsorbowania rolą samotnej matki joga była dla mnie bardzo pomocna, przenosiła na inny poziom świadomości, dodawała energii, zapewniała lepszy kontakt ze sobą. Dlatego zdecydowałam się na kurs nauczycielski. Chciałam wiedzieć więcej i dzielić się tym z innymi.

Czym jest energia stanowiąca podstawę praktyki w jodze kundalini?
Hinduistyczna ikonografia przedstawia energię kundalini jako zwiniętego węża, leżącego w uśpieniu w pobliżu naszej pierwszej czakry (w okolicach krocza). Jest energią, która drzemie u podstawy kręgosłupa, zwinięta w trzy i pół zwoju, zablokowana w muladharze, najniższej z czakr. Nazywa się ją nerwem duszy. Kundalini związana jest z pojęciami prany i apany. Prana to siła życiowa atomu, apana to siła wydalająca, energia używana do oczyszczania. Płyną one dwoma kanałami wzdłuż kręgosłupa. Pingala to prawy kanał, którym płynie prana, ida – lewy kanał, którym płynie apana. Energie te na co dzień nigdy się nie spotykają. W praktyce jogi kundalini wytwarzamy ciśnienie prany i mieszamy ją z apaną w punkcie pępka, siedzibie kundalini na wysokości czwartego kręgu (nabhi czakra). Powstaje tzw. „biały ogień” w ośrodku pranicznym kanda. Tym gorącem prany wywieramy nacisk na kundalini w muladharze, która budzi się i wnika do centralnego kanału energii, sushumny, biegnącego wzdłuż kręgosłupa, a potem wznosi się przez dalszych sześć czakr, aż do czakry korony na czubku głowy.
W moim doświadczeniu energia ta – odczuwałam ją już wtedy, kiedy siedziałam w zazen, a potem o wiele intensywniej w tańcu – wiąże się wyraźnie z poszerzaniem świadomości prowadzącym mnie do światła, poczucia błogości, stanu jedności ze wszystkim. Ścieżki buddyjskie czy zen nie opisują tej energii. Wiem, że można doznać przebudzenia przez dokonywanie badania siebie, czy przez koany, ale moim zdaniem energia kundalini zawsze w tym uczestniczy, tylko nie dzieje się to w sposób uświadomiony.
Prawdopodobnie każdy idzie ścieżką dostępną dla niego. Dla kogoś, kto jest bardzo związany z umysłem, postrzega świat głównie na drodze intelektualnej, praca z energią może być abstrakcją, a praca z ciałem, jakkolwiek cenna, może jawić się jako droga długa i niełatwa. Ja mam wyraźną łatwość uruchamiania percepcji cielesnej, dlatego intuicyjnie i przy wsparciu nauczyciela poczułam, że poprowadzą mnie taniec i joga.
Po pewnym czasie zrozumiałam, że dla mnie na drodze zen nic więcej nie mogło się zadziać, ponieważ praktykowałam tam obecność, która jest męską zasadą. Dotarłam do tańca, aby zadbać również o esencję żeńską i do jogi kundalini, aby zintegrować je obie w swoim wnętrzu.

Nic dziwnego, że kolejnym krokiem na Pani drodze była tantra.
W pewnym momencie poczułam, że w jodze ogranicza mnie struktura ćwiczeń i czas na nie przeznaczony. Zaczęłam poszukiwać praktyki, która pozwoli mi pracować z energią kundalini, pozostawiając jednocześnie więcej swobody. Teraz już wiem, że te elementy reprezentują męską energię. Im dalej posuwam się na mojej drodze, tym większego znaczenia nabiera dla mnie kryterium równoważenia tych dwóch pierwiastków, które w naszym świecie pozostawały dotychczas w mocno zaburzonych proporcjach. Skręciłam więc w kierunku tantry, pozostając przy pracy z energią kundalini. Praktyka tantryczna pielęgnuje energię seksualną w jej wymiarze duchowym – wartość rzadko obecną we współczesnym świecie.
Kiedy przyjechała do nas nowozelandzka szamanka nauczająca tantry i wprowadzała nas w rytuały świątynne oparte na wiedzy zebranej z różnych tradycji, miałam wyraźne doznanie, że te rytuały są moje, że już je kiedyś odprawiałam. Czułam wzruszenie, że mogę do nich wrócić. Na tegorocznym Festiwalu Tantry jedna z nauczycielek z Izraela pokazała nam gest kapłanek stojących przed wiekami u wrót świątyni: podtrzymując dłońmi odsłonięte piersi dzieliły się z przybywającymi, z całym światem, bezwarunkową miłością, sercem i pokarmem. Popłynęły mi łzy… Wiedziałam, że to znam.
W chrześcijańskiej tradycji kobieta została okrojona z aspektu seksualności. Kobiecość usankcjonowana to Maria, która jest matką. Uznawana za ladacznicę Maria Magdalena, która prawdopodobnie była kapłanką, musi jedynie żałować za grzechy. Czarownice były palone na stosach, bo doświadczały tej potężnej kobiecej energii, pozwalającej im łączyć się z aspektem boginicznym w sobie. Ale po latach tłumienia i restrykcji nałożonych na kobiety przez patriarchat święta seksualność, zapomniana i wyklęta, powraca na ziemię, niesie ją w sobie wiele kobiet. Ważne jest, aby udało się ją w pełni obudzić.

Jak pogodzić odczucia na poziomie świata materialnego, jednostkowego, dotyczące dwóch pierwiastków, męskiego i żeńskiego z wyższą świadomością, będącą ponad wszelkimi podziałami, również ponad podziałem na płeć?
Z połączenia tych dwóch energii powstaje wszystko, tak powstał wszechświat. Jeżeli łączymy je w sobie, to powracamy do tego, co niepodzielone. Hindusi mówią, że kiedy znika dualność, energia kundalini dociera do siódmej czakry. Na czubku głowy znajduje się miseczka ze słodkim nektarem, nazywanym amrit i w chwili, gdy kundalini uderza w czakrę korony, miseczka się odwraca, a nektar spływa w dół, obmywając całe ciało. Osiągamy pełnię, ekstatyczną jedność z Bogiem. Dzięki temu przechodzimy na inny poziom świadomości, gdzie znika dualność, gdzie możemy kreować nowy świat, Nową Ziemię. Ale muszą w tym procesie brać udział obie siły, a dotychczas dominowała ta męska. Kobieca energia ma tu ogromną rolę do odegrania.

Czy po tym wglądzie podczas medytacji, kiedy poznała Pani, że nic nie ma znaczenia, że nie ma zła i dobra, nie ma ofiar i katów, łatwo było wrócić do idei pomagania innym? Jak wytłumaczyć fakt, że znika cierpienie, a jednak tym bardziej współczuje się innym?
Nie zapominamy, że byliśmy kiedyś w miejscu, w którym nie da się uciec przed cierpieniem. Mój pierwszy nauczyciel, Willigis Jäger mówił, że droga duchowa, która nie prowadzi z powrotem do codzienności, jest drogą na manowce. Ja też miałam taki moment, kiedy jedna z bliskich mi „czarownic” potrząsnęła mną, żebym sobie zdała sprawę, że utknęłam w pustce. Przez kilka miesięcy czułam, że nie mogę ruszyć z miejsca. Z tego paraliżu wyciągnęła mnie tantra i praktyki szamańskie. Momentami doświadczam tęsknoty za pozostawaniem w stanie błogości. Ale wiem już, że chodzi o to, żeby sprowadzać te doświadczenia do codzienności. Trochę tak jak Thich Nhat Hanh mówi o uważności: „Jak zmywasz naczynia, to zmywaj naczynia”.
Ale mi nie wystarcza obecność, uważność przy zmywaniu naczyń. Przeczytałam właśnie piękny opis Davida Deidy, który zachwyca mnie żywym, soczystym językiem. Deida pisze: „Zmywaj naczynia z taką samą namiętnością, z jaką oddajesz się swojemu kochankowi”. W podobny sposób oddaję się pracy z ludźmi. W pewnym momencie znika ego, przestaję myśleć, jestem w przepływie, jestem kanałem dla czegoś znacznie większego, niż ja. Teraz, podczas naszej rozmowy, też mam nieodparte wrażenie, że to nie ja mówię, tylko coś mówi przeze mnie. Meherbani – moje imię duchowe znaczy „mówiąca prawdę z miłością”.
Przebudzenie to też pewnego rodzaju zobowiązanie: nie doświadczasz tego dla siebie, tylko po to, by służyć innym. To jest dar, którym należy się dzielić. Jako buddystka recytowałam cztery wielkie ślubowania. Jedno z nich brzmi: „Niezliczone są istoty żywe, ślubuję je wszystkie wyzwolić”. W taki czy inny sposób – pisząc, rozmawiając z innymi, ucząc – dajesz świadectwo i pomagasz im iść tą drogą. Jak w przyrzeczeniu nauczyciela jogi kundalini: „Nie jestem kobietą, nie jestem mężczyzną, nie jestem osobą, nie jestem samą sobą, jestem nauczycielem”. Umożliwiam studentom doświadczenie, dzięki któremu mogą dotknąć swojej prawdziwej istoty i pozwalam, żeby płynęła przeze mnie energia, miłość, mądrość, bo może to zbliżyć innych do momentu, kiedy opada zasłona.

Czy zauważa Pani zmiany emocjonalne zachodzące w Pani relacjach z ludźmi?
O tak. Jest w nich dużo więcej spokoju, akceptacji, zrozumienia, współodczuwania. Nie muszę dokładać szczególnych starań, żeby wejść w czyjeś buty, poczuć, co czują inni. Trudniej mi jest się zdenerwować, choć czasami ma to swoje złe strony. Na przykład mój starszy syn ma pewne zachowania powstrzymujące go w rozwoju, blokujące go. I wiem, że mogę do niego dotrzeć wyłącznie wówczas, gdy użyję ogromnej energii gniewu, krótko mówiąc – kiedy nim potrząsnę. Tak jak kyosaku uderza w praktyce zen, by ludzie ocknęli się, kiedy przysypiają na medytacyjnej poduszce. Trudno mi to z siebie wykrzesać w doznaniach błogostanu, bo akceptacja jest wtedy wszechogarniająca. Spoglądam na niego, jak na mojego nauczyciela, przyglądam się, jakiej lekcji chce mi udzielić. Najwyżej zapytam: „No, dlaczego tak postępujesz?”. Ale to na niego nie działa. Yogi Bhajan, mistrz kundalini jogi, który przywiózł ją na Zachód, uważał, że matka jest pierwszym nauczycielem. Jeżeli mam pełnić taką rolę wobec syna, to muszę mieć inny rodzaj energii, którą można zaczerpnąć tylko ze świętego gniewu. Na razie ciągle jest to dla mnie swojego rodzaju pułapka, wyzwanie.
Bo rzeczywistość wymaga powiedzenia stop. Również w skali globalnej. To jest akt miłości. Akceptacja nie powinna wykluczać działania. Kiedy poszerzasz swoją świadomość, wiesz, że miłość ma ogromną moc transformacji.
Moja koleżanka, zaangażowana w pracę nad świadomą seksualnością, zareagowała ostatnio na zagrożenie wojną, organizując ruch pod hasłem: „Stop: love in action”. W tej grupie rozmawiamy o tym, jak powstrzymać przemoc nie używając jej, tylko transformując poprzez miłość. W Portugalii rozwija się wspólnota Tamera, która buduje społeczność na nowych zasadach, w oparciu o ekologię, miłość, otwartość i głęboką demokrację. Używa się tam otwartego forum Arnolda Mindella jako drogi do ustalania kierunków działania i rozwiązywania problemów czy konfliktów. Każdy może się wypowiedzieć, wyrażając swoje emocje w otwarty sposób i one zostają przyjęte na równi z racjonalnymi argumentami. Ta wspólnota jest pokojowa. Jej mieszkańcy żyją w bliskości z naturą, traktując Ziemię jak żywy organizm, jak matkę. Praktykują wolną miłość i zgłębiają rolę świadomej seksualności w życiu wspólnoty. Wojna wybucha wtedy, kiedy emocje i energia seksualna są represjonowane i płyną podskórnym nurtem. W Tamerze prowadzone są obserwacje i badania naukowe. Uczniami są sami członkowie wspólnoty, dzielą się z innymi swoimi doświadczeniami i wiedzą. Planujemy wyjazd do nich z naszą grupą, żeby uczyć się z ich doświadczeń i stworzyć podobną wspólnotę w Polsce. Czekają nas bowiem potężne zmiany społeczne.

Wierzy Pani, że energia coraz częstszych w skali świata przebudzeń przestawi drogę ludzkości na trochę inne tory?
Ta energia uzdrawia, stąd symbol kaduceusza z jego dwoma splatającymi się wężami. Połączenie polaryzacji jest uzdrawiające dla jednostek, społeczeństw, ale też dla całej Ziemi. Współtworzenie i współdziałanie jest ogromną szansą, bo energia grupy posiada wielkie możliwości transformujące. Musimy to zrobić dla Ziemi – przestać niszczyć naturę, nie zachowywać się, jakbyśmy byli panami tego świata, bo nimi nie jesteśmy. Ziemia jest żywym organizmem, ma w sobie kobiecą energię (w hinduizmie nazywaną shakti), z której nieustannie czerpiemy. Przez wieki traktowaliśmy ją tak, jak się traktuje prostytutki. Kobieca energia była odsądzana od czci i wiary, a jednocześnie nadużywana i uprzedmiatawiana. Ziemia, nasza matka i żywicielka, nadstawia bezwarunkowo swoje piersi, karmi nas, jakby mówiąc: „Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy!”. Dotychczas nie dbaliśmy o to, by oddawać jej miłość i wdzięczność poprzez traktowanie jej z szacunkiem, a także poprzez zachowywanie i odnawianie jej zasobów.
Jako ludzkość nie będziemy gotowi na Niepodzielone, dopóki na świecie nie zostanie przywrócona i uszanowana energia kobieca. Nie chodzi o nastanie matriarchatu. Obie energie, kobieca i męska, muszą stanąć równoprawnie obok siebie, w pełni swojej mocy i połączyć się. Dopiero wtedy dualność może zniknąć. Nastał inny czas. Nie potrzebujemy już przez dziesiątki lat siedzieć na poduszkach, żeby przebudzenie nastąpiło na globalnym poziomie. Bardzo mocno to czuję. Nie będziemy musieli docierać do duchowości poprzez cierpienie – możemy to zrobić poprzez miłość.
Autor: Manana Chyb „Czas przebudzeń”